środa, 16 sierpnia 2017

Aldis Skjoldrdottir

1. Urodziłam się i dorastałam w Nowym Erestrand, z którego pochodzi moja matka. Mój ojciec przeprowadził się tam ze swojej rodzinnej wsi na dalekiej północy, kiedy Kætil miał cztery lata. Pięć lat później urodziłam się ja, dziesięć lat później urodził się Ægil. Dzieciństwo spędziłam ze starszym bratem, na graniu w hnefatafla, pomaganiu mamie w opiece nad Ægilem i słuchaniu opowieści ojca o jego pracy w Zakonie. Moja rodzina bardzo szczyciła się naszymi powiązaniami z Zakonem, dlatego dołączyłam do Zakonu kiedy miałam jedenaście lat. Kætil już dawno skończył wtedy szkolenie, a ojciec kilku miesięcy był Verjabrooirem. Podejrzewam, że mieli w tym udział mój tata i jego znajomi, ale zostałam kandydatem na Ulfrabrooira i wraz z moim mentorem, Esbjornem, pojechałam na pierwszą misję. O tej misji wystarczy powiedzieć tyle, że tak jakby z mojej winy została złamana zasada o respektowaniu władzy, spalony garnizon zakonny, a wszyscy wojownicy zyskali na czole nowy, czarny tatuaż. Również mniej więcej wtedy Kætilfast wyjechał. Nie było mnie wtedy w domu – o wyzywaniu matki i krzykach o nienawiści do całej rodziny dowiedziałam się od Ægila. (Kætilfast jest przyrodnim bratem postaci; dołączył się do Wilhelma). Spadła na mnie odpowiedzialność dbania o dobre imię rodziny, a później zostałam Wilczą Siostrą aeromanty o imieniu Oisín (czytaj: ‘Uszin’). Byłam z siebie dumna i bardzo go polubiłam – on najwyraźniej mnie nie, bo wykazywał skłonności do uciekania, aż w końcu po prostu zniknął. Szukałam go na własną rękę, w obawie, że za taką porażkę zostałabym wyrzucona z Zakonu.
(kampania turnusu 3. 2016)
Poszukiwania zaprowadziły mnie do Ilgogradu, gdzie poznałam Ligaturkę Asvard Brant Havaldsdottir i Strutmeisera Franza Kafkę, zaciągnęłam się do wyprawy do Samborowa, żeby porozmawiać z panem na włościach, a także dowiedziałam się o uroczysku na południu od Ilgogradu, które uchodziło za schronienie dla renegatów. Wyprawa do Samborowa nie doszła do skutku w takiej formie, w jakiej ją widziałam, bo poznałam Igna. Ign Iskaebneson dosiadł się do mojego stołu, wygrał ze mną partię w hnefataflu, a później zagroził mi, że jeśli nie dam mu sobie pomóc, Oisín umrze, a wraz z nim moje dobre imię w Zakonie. Do Samborowa pojechałam więc razem z tym, kompletnie mi wtedy obcym, człowiekiem. Z Samborowa, po podsłuchaniu planów Giedymina Samborowicza o najeździe na Zimowy Sad, ruszyliśmy do Uroczyska, gdzie nasze drogi skrzyżowały się z uprzednio wspomnianymi Asvard i Franzem, a także niemową Kapitanem i Raciborem zwanym Gungnirem.
 Las uchodzący za Uroczysko przesiąknięty był magią i zanim pozwolono nam do niego wejść, musieliśmy zmierzyć się z naszymi największymi koszmarami. Oglądanie śmierci Oisína nie było przyjemne, jednak jego wynagrodzeniem było zobaczenie go prawdziwego, żywego, wśród Velasquezów, innych magów i nawet w towarzystwie gnoma. Natychmiast wiedziałam, że kiedy tylko wypełnię moją część umowy z Ignem, ja i Oisín wrócimy razem do Zakonu. Tymczasem, razem z resztą drużyny postanowiliśmy obronić Zimowy Sad przed Giedyminem Samborowiczem i po zebraniu wszystkich zdolnych do walki ludzi z Uroczyska, ruszyliśmy do wioski, gdzie już trwała walka. Udało nam się pomóc jej mieszkańcom, ale nie zostaliśmy tam. Statkiem popłynęliśmy do Nowej Wasylii.
Nowa Wasylia była miastem wyzwolonym spod „okrutnych” rządów Zakonu. Nie została jednak wyzwolona spod okrutnych rządów McCormickiego kapitana, który zamknął mnie w więzieniu i planował zabić tylko dlatego, że mam tatuaż na czole. Uciekłam z więzienia kanałami, trafiłam do getta dla zakonnych zbudowanego w mieście, skąd uciec pomogła mi Skuld – tajemnicza ligaturka z paskudną blizną na lewej stronie twarzy, którą rozpaczliwie próbowała ukryć. Rozdzieliłyśmy się, gdzie trafiła ona nie wiem, ale za to ja trafiłam na Igna, który mnie przytulił i poinformował o zaplanowanym przez drużynę przewrocie w celu obalenia rządów tego kapitana. W wyniku buntu w mieście zniesiono edykt Wielkiego Komtura i Nowa Wasylia została wyzwolona spod wpływów Zakonu i McCormicków, ja prawie zabiłam człowieka, a Oisín mnie zostawił. Miałam więc teraz mieć drugi tatuaż z czarnym liściem i przerażona tą myślą siedziałam na ziemi i płakałam. Ign był przy mnie. Od tego czasu był zawsze przy mnie.
Na Krogulczej Skale, gdzie następnie udaliśmy się podróżując z Kapitanem, znów walczyliśmy o życie, Asvard została jarlem klanu Kamiennego Topora i znaleźliśmy stworzonego przez Zakon twarzowca o imieniu Jovan. Pozbawiliśmy go głowy – a co za tym idzie, życia. Jak gdyby nic się nie stało, ruszyliśmy do Nowego Erestrand. Ign chciał przedstawić mnie Kaplicy, której tatuaż mam teraz pod lewym obojczykiem. Rada Zmierzchu została przerwana wiadomością o śmierci Wielkiego Komtura i wizytą w Domenie Losu. Jak się tam znaleźliśmy i dlaczego – nie wiem. Było tam mnóstwo osób, w tym moi towarzysze, ale też inni, których nie znałam. W dużym skrócie, zostałam tam muzą jakiegoś Fuliocci, który cały czas mówił o cesarzowej Arnie, później powiesiliśmy Pariasa, który nas błagał o śmierć, wydaliśmy dekret w imieniu całego ludu Tol Calen, który zniósł edykt Wielkiego Komtura, a później przeprowadziliśmy Rytuał. Uciekliśmy z Domeny Losu wszyscy, poza Kapitanem, który zniknął bez śladu. Szukając spokoju, razem z Ignem zostaliśmy w Nowym Erestrand, aż w końcu po kilku dniach ruszyliśmy na Radę Zmierzchu.
(kampania turnusu 4. 2016)
Obrady zostały przerwane krzykami na ulicach. Zdezorientowani, ciasnymi korytarzami uciekliśmy z budynku Katedry i, szukając schronienia, wbiegliśmy do karczmy Czarna Podkowa. Od razu wiedziałam, że to nie zwyczajna karczma, po części ze względu na osoby, które się w niej znajdowały – gnom, kilka bogów, dwójka zakonnych, szalony Doktorek, Fuliocci Enrico de Iglesias, guślarz Perła i Parias Adam – ale przede wszystkim, dlatego że czułam w niej dziwną, obcą energię, od której jeżyły mi się włosy na głowie i robiło mi się niedobrze. Zawiązała się awantura między tymi dwoma zakonnymi, w wyniku której jeden, zmasakrowany, leżał nieprzytomny na ziemi, a drugi okazał się komturem Nowego Siewierodwińska, zdrajcą Zakonu. Ta obca, dziwna energia cały czas dochodziła spod podłogi przy palenisku, wijąc się i ruszając, jakby chciała stamtąd odejść, ale nie mogła. Powiedziałam o niej Ignowi i w podziemiach pod karczmą znaleźliśmy zmizerniałego człowieka o długich, jasnych włosach, przykutego do podłogi. Energia była jakby… przykotwiczona do niego, przywiązana. Jednak kiedy szeptał nad medalionem, przywiązała się do mnie. Cień przemawiał głosem mojego ojca.
Opuściliśmy Czarną Podkowę i ruszyliśmy dalej na północ. Po drodze do Nowego Erestrand natknęliśmy się na osadę, w której usłyszeliśmy o mieszkającej w okolicy szeptusze. Nie mieliśmy innego wyboru niż iść do niej i błagać ją o pomoc – pomogła, na sabacie szeptuch, z którego pamiętam jedynie chłód ziemi, głosy tłumu ludzi, ramiona Igna i jego zimne palce. Następnego ranka ruszyliśmy z powrotem do chaty Aslaug. Droga nie minęła spokojnie. Zabiłam człowieka. Przesłuchiwaliśmy jednego z wojowników, ale ja nie rozmawiałam wtedy nawet z Ignem – przed oczami miałam tylko ciało tej osoby, osuwające się powoli na ziemię. Spokoju nie zaznaliśmy też w samym miasteczku – znaleźliśmy tam tylko dopalające się zgliszcza, martwe ciała i powieszoną na drzewie szeptuchę. Wojownicy w czarnych płaszczach, którzy to zrobili, byli wojownikami Zakonu. Ruszyliśmy do Nowego Erestrand, gdzie ukryliśmy się w którejś z dawno już zamkniętych karczm. Myśleliśmy, co zrobić, by Zakon zapłacił za to, co robił niewinnym ludziom. Jednak czas w tej karczmie był ostatnią chwilą spokoju przed burzą, którą rozpętaliśmy następnego dnia. Każdy z nas miał jakieś kontakty w mieście i chcieliśmy zwrócić się do nich wszystkich o pomoc. Poprosiłam Enrico, żeby zakrył mi farbą tatuaże zakonne, usłyszałam komplement od Igna i rozdzieliliśmy się. Chciałam odwiedzić Thyrvi, lecz nie było jej w domu. Udało mi się jednak przekonać Brimira, by zwrócił się przeciwko naszemu Zakonowi. W domu rodzinnym zastałam Ægila bawiącego się w izbie na dole i matkę, pogrążoną w żałobie po śmierci męża. Po śmierci mojego ojca. Nie zostałam w domu.
Następny wieczór był przez drużynę wyznaczony jako termin buntu w mieście. Z ociąganiem, powoli zbieraliśmy się do wyruszenia. Ign mnie pocałował. Opuściliśmy karczmę. Wraz z Enrico, Adamem i Brimirem szturmem przejęliśmy więzienie i oswobodziliśmy więźniów. Na ostatnim piętrze wieży więziennej walczyliśmy z zakonnym twarzowcem, Wielkim Bratem. Więcej twarzowców. Więcej choroby w Zakonie. Odgłosy walki w więzieniu usłyszał zakonny patrol, chodzący po ulicach miasta i strzeżący godziny policyjnej.
On wystąpił przed szeregi swoich żołnierzy. Ogromnego wzrostu, o szerokich barkach i lekko zgarbionych plecach. Nie był człowiekiem, miał kły, pazury, wyglądał podobnie do tego, który leżał na podłodze w więzieniu. Ale miał też niebieskie oczy, blond włosy, skórę pokrytą metalicznymi płytkami i bliznę biegnącą przez prawy policzek i szyję po skosie. Tata. Zabiłam własnego ojca.
Wiele więcej nie pamiętam. Tyko to, że biegliśmy do przodu, a ja nie wiedziałam, czy krople na moich policzkach to krople deszczu, potu czy łez. Leif Einarson czekał na nas w jednym z pomieszczeń we wnętrzu budynku Katedry. Coś pożarło w całości jego duszę. Pojmał nas, postawił na szafocie, chciał skazać nas na śmierć za bunt w mieście. Nie skazał. Skończył tak, jak zasługiwał skończyć. Bez swojej siły, bez urojeń o wielkości. Na ziemi. Przebity mieczem.
Wtedy, zapowiadając zmiany i spokój, wrócił Cesarz. Zlikwidowano Zakon Nyr-Fold, zaczęły funkcjonować nowa organizacja zrzeszająca magów, Kapituła, oraz wspierający ją Zakon Skjaldborg, powstawały nowe budynki szkół, na całym Tol Calen zapanował pokój. Początkowo, wraz z Ignem chcieliśmy tylko odpocząć, być jak najdłużej razem. Potem on zaczął naciskać, bym przeszła rygorystyczne szkolenie kapliczne, a sam coraz częściej wyjeżdżał na misje i zapominał pisać listów. Dłużąca się nieobecność Thyrvi niepokoiła mnie i Brimira, chociaż ja właściwie przestałam mieć czas, by się niepokoić. Szkolenie zajmowało każdą chwilę i zanim się obejrzałam, mój brat znalazł narzeczoną, drugi brat poszedł do uczyć się do Kapituły, Stokrotka dorosła, mijały kolejne rocznice śmierci Skjoldra Øystensona, a Ign Iskaebneson wyjechał odwiedzić miejsce, skąd pochodził i zmierzyć się ze swoim przekleństwem. Powiedział, że może nie wrócić, ale że musi to zrobić, że musi to zrobić sam, ale że żadne moje słowa nie zmienią jego decyzji. Wyjechał w rocznicę jego śmierci. Początkowo pisał listy, ale w pewnym momencie one przestały przychodzić. W pewnym momencie każdy dzień stał się szarą, monotonną rutyną, pełną wykonywania wciąż tych samych czynności, tak podobnych do siebie, że niemal nie dało się odróżnić od siebie dni, a jedyną radością były rozmowy z rodziną i przyjaciółmi, kiedy zawitali do Nowego Erestrand.
(kampania turnusu 3. 2017)
Jedna misja od Sól-Ragha okazała się inna od reszty. Inna już na samym początku, kiedy okazało się, że do Meddi w Lidze Miast Fuliocci udaje się również Enrico de Iglesias, który poprosił o pomoc w odnalezieniu długo zaginionych żony i córki mnie, a także starego znajomego – Doktorka i jego Ponurych Klientów, Kamyka i Kapitana. Chociaż znajomość zaczęła się od próby zatrzymania bójki z udziałem wcześniej wspomnianych, przez kilka następnych tygodni większość czasu spędzaliśmy razem. Razem przypadkowo spotkaliśmy się z Matthiasem, razem dowiedzieliśmy się o morderstwach Spokrewnionych w Meddi, razem znaleźliśmy opustoszały Złoty Punkt za pracownią pewnego malarza, razem goniliśmy za człowiekiem w masce ptaka, który przechodząc przez drzwi był w stanie przejść do innego świata.
Po kolejnej bójce z udziałem wcześniej wspomnianych, a także mnie i Enrico, ucieczce z miasta niczym ze słabej opowieści o bandytach, którzy zakłócają porządek i niszczą nie swoje karczmy, ulice i budynki, oraz kłótni z Kapitanem rozdzieliliśmy się na jeden wieczór, aby potem ponownie spotkać się na bankiecie w Danerii, drugim z trzech miast Ligii Miast Fuliocci. Na bankiecie spotkaliśmy się także z inną drużyną niby przypadkowych, a jednak jakoś połączonych ze sobą ludzi, i wieloma osobistościami z Ligi Miast Fuliocci, człowiekiem w masce ptaka, wiadomością o istnieniu… Loży Nyr-Foldu, a także niezliczoną ilością różnych Spokrewnionych, którzy następnie zostali wymordowani przez lokajów, gdy tylko Camillo di Vincenzo im tak rozkazał. Ta druga drużyna zniknęła, goniąc przez ramę obrazu za człowiekiem w masce, a my po nocy uciekaliśmy z Danerii, mając w głowach wspomnienie tych pięknych kobiet i mężczyzn, ich krwi spływającej na naszą zastawę. Choć udało nam się uciec z miasta bezpiecznie, Doktorek, który wrócił się po Stokrotkę, nie miał tyle szczęścia. I choć próbowaliśmy odbić go z rąk straży, skończyliśmy niszcząc karczmy, ulice i domy w drugim mieście, a następnie zamknięci w więzieniu. Niektórzy z nas, znowu.
Zaproszono mnie do Pokoju Zwierzeń. Rozmawiałam ze strażnikiem, ale kiedy powiedziałam mu o morderstwach, zniknięciach, o człowieku z masce ptaka i o Loży, kazał mi wszystkiemu zaprzeczyć, a potem zaprosił do pokoju samego człowieka w masce. Wystarczy powiedzieć, że przeżyłam spotkanie z jego połyskliwymi narzędziami i pachnącymi ziołami przez jego nieuwagę, bo nie zamknął drzwi, i wiele szczęścia, bo towarzyszom udało się uciec z cel. Z pomocą poznanej na bankiecie drużyny udało nam się uciec z Palazzo di Azzurro i przeżyć, bardziej lub mniej poturbowanym. Osobiście dopilnowałam tego, by człowiekowi w masce nie udała się żadna z tych rzeczy.
Uciekliśmy na statek McCormicka Garroo, który razem z nami zbiegł z więzienia. Tam mieliśmy czas, aby zapoznać się z drużyną, która uratowała nam życie, wylizać rany, wyprać swoje rzeczy, chwilę odpocząć i porozmawiać. Na statku znalazł się także Nicholas – członek, jak się okazało, organizacji, która była odpowiedzialna za morderstwa na Spokrewnionych i podobno robiła to w celu znalezienia leku na śmierć. To on otwierał przejścia do innych światów i okazało się, że jednym ze światów może być moja własna głowa.
W Nowym Liveral rozdzieliliśmy się z drugą drużyną i popłynęliśmy na Gaviotę, gdzie mieliśmy nadzieję odnaleźć córkę i żonę Enrico, a także kogoś odpowiedzialnego za to wszystko. Włamaliśmy się do twierdzy i bezowocnie błądziliśmy po ciemnościach. Znaleźliśmy tylko więcej ciał, słoje wypełnione okropną cieczą i poturbowaną dziewczynę, o rzadkich, rudych włosach, powyłamywanych palcach i piegach na kiedyś pięknej twarzy. Thyrvi próbowała nas otruć, bo tak została wytresowana przez kobietę o imieniu Elsa. Na szczęście, dzięki chłodnemu myśleniu Doktorka i Kamyka wszystkim udało się przeżyć i popłynęliśmy dalej, na kolejną wyspę, Isla del Crepuscullo.
Wiadomość o tym, że będzie tam niejaka Elsa Kestler okazała się być kłamstwem, służącym temu, byśmy wpadli w zasadzkę. Kłamstwo podziałało aż za dobrze, ściągając na wyspę dziesiątki ludzi, w tym naszych dawnych towarzyszy i przyjaciół – przyszło nam spotkać Gasparda i Dantego, Kalette, Khalidę, Rudą Ridę, Fergusa i innych. Wyspę zaatakowały statki Hikuńczyków, Raviedów – to chyba jakaś velasquezka rodzina, oraz Loży Nyr-Foldu, która przestała być tylko pogłoską, cichym szeptem w ciemności. Fale wzburzone sztormem zalewały plaże i pola przed twierdzą, cierpiące serce wyspy wstrząsało ziemią. Na Isla del Crepuscullo pojmaliśmy Muethira, który, jak powiedziała Khalida, też maczał palce w całej tej sprawie, a potem uciekliśmy na statki, pozwalając Nephele pogrążyć wyspę w falach, gdzie było jej miejsce.
Stamtąd na kolejnym statku popłynęliśmy na… jakąś tam kolejną isla del coś, kto by je spamiętał. Kolejna twierdza, kolejne wąskie korytarze, kolejne nadzieje na znalezienie rodziny. I znaleźliśmy rodzinę, choć może nie tak, jakbyśmy chcieli. Nienaturalnie uzdrowiona córka Enrico, jego żona w łóżku z innym mężczyzną… dwaj Starsi Bracia, tak podobni do niego, tej burzliwej nocy w Nowym Erestrand. Znaleźliśmy także Elsę Kestler, której również, tak jak lata temu Leifowi Einarsonowi, nie udało się uciec przed sprawiedliwością. Podróż z powrotem do Nowego Erestrand to niekończące się koszmary, krzyki, powracające wspomnienia i błagania, by ktokolwiek pomógł Thyrvi. Nie pamiętam żadnych pożegnań, żadnych podziękowań, żadnych powrotów. W Nowym Erestrand czekały mnie ciepło rodzinne, tak niezasłużone, opieka nad chorą, tak jej potrzebna, raporty, tak szczegółowe, i listy od Igna. Tak wyczekane.
Osądzenie Elsy Kestler nie okazało się być wystarczające, bo Loża wciąż panoszy się po kontynencie, wierna ideom Leifa Einarsona. Ktoś musi wymierzyć im sprawiedliwość. Nie będę to ja, ale to ja znajdę ich i postawię przed sądem.